Nowości - 24th Maj 2019

Mama na start: Marzena Tocha z parkrun Rumia

Marzena

parkrun to świetny sposób na wspólne, rodzinne i aktywne spędzenie sobotniego poranka. Uniwersalna formuła sprawia, że każdy, zarówno mały jak i duży,  znajdzie w nim coś dla siebie. Niezależnie czy już biegasz, czy na samą myśl o bieganiu miękną Ci nogi, warto przyjść i sprawdzić jak to wygląda.  Jeśli wolisz spacerować z kijkami, czy z psem, masz ochotę pokibicować, a może Twoją pasją jest wolontariat, jedno jest pewne – niezależnie, którą formę wybierzesz, po tysiąckroć warto rozpocząć weekend od parkrun! Tak jak Marzena, która razem ze swoją rodziną zakochała się w sobotniej aktywności, a dziś podzieli się z Wami swoją historią.

 

„Nazywam się Marzena. Jestem matką dwóch synów – Kamila i Adama oraz szczęśliwą żoną Sebastiana. Jesteśmy zwykłą rodziną lubiącą spacery i wędrówki po górach, a od niedawna polubiliśmy też bieganie.

 

O parkrun dowiedziałam się od znajomej – tak się fajnie życie potoczyło, że mieszkaliśmy kiedyś w jednym bloku, a potem osiedliśmy z rodzinami przy tej samej  ulicy.  Sylwia kilka razy wspomniała mi o tym, że biega i o sobotnich spotkaniach, na które chodzi cała jej rodzina. Pamiętam jak się zdziwiłam, gdy powiedziała mi, że idzie na parkrun w dniu komunii naszych dzieci – kiedy to ja bałam się, że w szale przygotowań nie ogarnę wszystkiego, nie mówiąc o fryzurze i stroju. To było 2 lata temu, ale od tamtej pory słowo parkrun stało się dla mnie czymś niezwykłym, choć jeszcze niezbadanym i nieodkrytym.

 

Jakiś czas temu nauczycielka wychowania fizycznego namówiła mojego syna Kamila na bieg Niepodległości w Gdyni. Pobiegli wtedy obaj moi chłopcy – od tamtej pory starszy ciągle chciał biegać.  Najgorsze, że trzeba było chodzić z nim i mierzyć mu czas.  Któregoś dnia, podczas morderczej walki z orbitrekiem na siłowni, powróciło do mojej głowy słowo parkrun. Tym razem postanowiłam zgłębić o nim wiedzę – polubiłam stronę parkrun Rumia na Facebooku i od razu trafiłam na filmik pokazujący cała piękną ideę parkrun. Poczytałam, pomyślałam i stwierdziłam, że będzie to super miejsce dla mojego syna – a ja zyskam wieczny spokój (ktoś inny będzie mu mierzył czas). Wspomniałam synowi o parkrun i postanowiliśmy, że niebawem tam pójdziemy.

 

W międzyczasie zdarzyło mi się wejść na bieżnie na siłowni i okazało się, że ja do biegania się nie nadaje – nie udało mi się przebiec ciągiem nawet 2 minut. Jako, że jestem osobą ambitną strasznie zdenerwowała mnie ta moja niemoc i postanowiłam, że tak być nie może!

 

To był piękny wiosenny ranek, kiedy postanowiłam „poświecić” jeden z nielicznych dni w które mogę się wyspać i pierwszy raz wybrałam się z synem na parkrun w Rumi. Byłam nieco zdenerwowana, ale wiedziałam, że spotkam tam kilka znajomych osób  i z przyjemnością się z nimi zobaczę. Plan był taki - zaprowadzę syna, pokaże mu co i jak, a potem sam będzie sobie tam chodził biegać.

 

Mam to szczęście, że Kamil garnął się do biegania, a po swoim pierwszym razie z niecierpliwością czekał na swoje pierwsze wyniki.  Potem całą rodziną oglądaliśmy zdjęcia na dużym ekranie telewizora - co jest naszą tradycją do dziś.

 

M5fot. Maciej Hołub, parkrun Rumia

 

Gdy zobaczyłam ilu ludzi  podejmuje się organizacji sobotniego biegania i jak wszyscy przy tym dobrze się bawią, postanowiłam, że w kolejną sobotę pójdę jeszcze raz – nie biegam, ale może popatrzę na czym polegają poszczególne funkcje i z czasem idąc z synem będę mogła w czymś pomóc.  Wtedy też zarejestrowałam się i ja. Niektóre funkcje wydawały mi się bardzo odpowiedzialne i na moim poziomie wiedzy stresujące. Postanowiłam, że może kiedyś zgłoszę się do skanowania – w końcu radzą sobie z tym nawet małe dzieci. Los chciał inaczej. Kolejnym razem nie było osoby do mierzenia czasu – Tomek (koordynator naszego parkruna – notabene osoba, którą bardzo podziwiam za to, że podjął się tego zadania z korzyścią dla wielu - mało w dzisiejszych czasach ludzi którym się „chce”) szybko wytłumaczył mi,  co mam robić i mimo stresu i poczucia odpowiedzialności poczułam się częścią tego cudownego przedsięwzięcia. W międzyczasie wciąż trenowałam na bieżni - i chociaż w teorii wiedziałam, że na parkrun nie trzeba biegać – postanowiłam, że jeśli kiedykolwiek wystartuje to musze zmieścić się w 40 minutach – to był mój pierwszy cel treningowy.

 

Wielkimi krokami zbliżały się 4 urodziny naszej lokalizacji. Okazało się, że jubileusz parkrun Rumia pokrywa się w czasie z 40 urodzinami mojego męża. Postanowiłam namówić męża i młodszego syna na wspólne zaliczanie tyłów, mówiąc: „razem będzie nam raźniej”.

 

Szybko okazało się, że nie mogę „zwalić winy” za swój kiepski czas na 10 letniego Adama – pognał  i tyle go widziałam, a i mój mąż zostawił mnie daleko w tyle. Mimo wszystko wciąż ich kocham. Ja zrealizowałam swój cel i „dobiegłam” w nieco ponad 37 min.  Trasa parkrun Rumia pozwala na bycie razem nawet w niebycie – kilka razy się mijamy przybijając sobie piątki. Od tamtego czasu, już wszyscy chodzimy na parkrun, żyjąc od soboty do soboty.

 

M1Fot. Maciej Hołub, parkrun Rumia

 

Każdej soboty, do tej pory śpioch Kamil, już o 7.30 przebiera nogami w naszej sypialni sprawdzając, czy jest w formie i pierwszy gotowy wychodzi z domu, robiąc rozgrzewkę. Adam też wstaje z uśmiechem na ustach i idzie biegać.

 

Początki ich biegania były dla mnie trudne jako dla matki – mijając ich widziałam ile wysiłku w to wkładają – dla nich to są małe zawody. Pamiętam jak raz na trasie przy każdym ich mijaniu mówiłam „zwolnij”, „nie musisz tak szybko”, „odpocznij sobie troszkę” – wtedy zrobili swój najlepszy czas, Kamil przybiegł w 23:07, a Adam wbiegł na metę tuż za nim. Potem w domu usłyszałam „mama ja biegnę ile sił, a ty mi każesz odpoczywać???” – zamilkłam i już wierzę w możliwości moich dzieci.

 

 Chłopaki ścigają się sami ze sobą i raz to starszy raz młodszy przybiega na metę pierwszy. A ja sobie biegnę daleko w tyle i jestem szczęśliwa, że mam takie wspaniałe dzieci.

 

M3fot. Paweł Marcinko, parkrun Gdańsk Południe

 

parkrun odmienił nasze życie – wszyscy zaczęliśmy biegać. Chłopaki wyjęli ze skarbonki pieniążki i kupili sobie opaski z GPS –trenują nie tylko w soboty i przebiegli już swoje pierwsze 10 km.

 

Całą rodzina ścigamy się na ilość kroków i pięter, a gdy widzimy, że do celu daleko idziemy na wspólny spacer lub bieganie. Udało nam się trafić w super czas na parkrun - mogliśmy uczestniczyć w dyskusjach i poczuć radość i emocje tych co biegli w maratonie.

 

Mimo, że dla mnie 5 km to wciąż niemały dystans, udaje się mi go już przetruchtać bez zatrzymywania – tak sobie myślę, że to zrealizowany już drugi cel treningowy. Wszyscy nasi znajomi i rodzina chyba pomału mają nas dość – bo my teraz tylko o parkrunie i bieganiu gadamy.  Nie marnuje żadnej okazji, by komuś  o tym opowiedzieć –  to wypływa z serca, więc po co to tłumić???

 

M4fot. Maciej Hołub, parkrun Rumia

 

Atmosfera panująca na parkrun zaraża i chce się więcej i więcej – niesamowicie pozytywni, zadowoleni z życia, zawsze uśmiechnięci od ucha do ucha ludzie – biegający, truchtający, pchający wózki – mogę ich określić jednym słowem – są PIĘKNI!

 

Muszę też wspomnieć o pani Sabinie, która jest w wieku mojej mamy, a ja wciąż nie mogę jej dogonić. Nawet jeśli mi się to uda to i tak jest ona bohaterką w moich oczach. Tak sobie myślę, że najgorzej mają ci co przybiegają pierwsi - bo ostatnia osoba zawsze dostaje potężne oklaski. Ja biegnę sobie gdzieś przy końcu stawki delektując się tym pięknem.

 

Kiedyś zobaczyłam, że Adam już po 1 km biegnie z rozwiązanym sznurowadłem – strasznie się zmartwiłam, bo to ja tuż przed startem sprawdzałam poprawność i solidność tego zawiązania. Mijając męża poprosiłam, by przy następnym spotkaniu mu je zawiązał. Jakież było moje zdziwienie, gdy go znowu zobaczyłam, a sznurowadło ciągle fruwało. Nie dało się go zatrzymać nawet na chwilę i dobiegł przed 24 minutą biegu na metę. A ja kolejny raz przekonałam się o tym, że nie warto marnować swojej energii na niepotrzebne zmartwienia. Dzieci sobie dają radę, a ja teraz muszę się skupić, żeby  ich ciut dogonić.

 

Nie planuje startu w maratonie, ani żadnych zawodach – biegam dla siebie i sprawia mi to przyjemność.  Zobaczymy, co czas przyniesie. Najważniejsze, że spróbowałam i nabrałam ogromnego szacunku do ludzi biegających.

 

Na parkrun każdy znajdzie coś dla siebie, a jedyne co potrzeba by w nim uczestniczyć to rejestracja i wydrukowany kod, buty do biegania i chęci.

 

Ja uczestnictwo w parkrun mogę porównać do jedzenia mojej ukochanej czekolady. Cieszę się, że otworzyłam tę tabliczkę i mogę jej jeść ile zechcę”.

 

 Marlena Adamusiak

fot. Maciej Hołub, parkrun Rumia

Prześlij znajomemu:

Ewa Łacka - Cichy parkun Chrzanów

Czerwcowe nowości z parkrun Polska

Zapach zimnego arbuza, intensywne poszukiwania kawałka cienia oraz tęsknota za morską bryzą świadczą o tym, że lato wkroczyło na nasze podwórko i zagościło na dobre. Kiedy już znajdziesz chwile wytchnienia zapraszam Cię do lektury najnowszego biuletynu z parkrun Polska.   Minione dwie soboty przyniosły imponująco wysoką, drugą co do wielkości frekwencję na parkrunowych szlakach. Również rekordowo…

Adaś

Jak okiełznać wulkan energii? Adam i Julia Konarzewscy

Dziecięca energia potrafi rozbroić nie jedną tykającą bombę złego humoru, skruszyć spokój ducha. Poradzi sobie z barykadami szafek, drabinek, leśnych pagórków, wspinaczką po domowych meblach i na górskich szlakach. Przechwycona i skumulowana potrafi ogrzać i rozświetlić cały dom. Kiedy po sprincie między placami zabaw rodzic ostatkiem sił słania się na nogach, nasza pociecha po minutowym…